Drugiego kwietnia 2005 roku uczestniczyłem w modlitewnym czuwaniu na placu św. Piotra. Był on nieomal szczelnie wypełniony. Najwięcej ludzi znajdowało się w tej części, gdzie było najbliżej do papieskich okien. Młodzi siedzieli na wybrukowanej kostką płycie. Dyskutowali lub odmawiali różaniec. Inni spacerowali lub stali. W rękach trzymali zapalone świece. Wydawało się, że oto większość z nich odnalazła na nowo praktykę chrześcijańskich rodzin czuwania przy łożu umierającego.
Spotkaliśmy się wszyscy nie po to, by przeżyć tanie wzruszenie, ale by trwać przy tym, w którego oczach każdy z nas był dobry; który w każdym widział Chrystusa. Nie było zatem atmosfery pikniku czy szukania sensacji. Wydaje mi się, że większość miała świadomość doniosłości chwili. Nawet dziennikarze i fotoreporterzy pozostali na zewnątrz ogromnego placu, aby nie przeszkadzać, nie rozpraszać, nie wykorzystywać do celów reklamowych duchowych przeżyć zgromadzonych ludzi.
Tak samo jak dzień wcześniej odmawialiśmy różaniec, który został zakończony Litanią do Najświętszej Maryi Panny. Na jej zakończenie, a była wtedy godzina 21.37, zapaliło się światło w papieskich apartamentach. Zgromadzeni na placu ludzie, kierowani intuicją, zaczęli z pewnym niepokojem oczekiwać na komunikat. Minęło około dziesięciu minut. Przed fronton Bazyliki św. Piotra wyszła grupa kardynałów, biskupów i księży. Kiedy jeden z kardynałów publicznie ogłosił śmierć Ojca Świętego Jana Pawła II, plac na kilkanaście sekund zamilkł, a potem rozległy się brawa. Nie odebrałem tego źle. Zrodziło się uczucie, że pożegnałem kogoś ważnego w moim życiu, ale kogo jeszcze spotkam. Te "rzymskie brawa" w moim odczuciu były brawami dla Bożego atlety, który dokończył wspaniały bieg i dotarł do celu, do mety. Pojawiła się też wdzięczność Bogu Ojcu za osobę Jana Pawła II. Chyba nie tylko w moim sercu było wtedy obecne uczucie zazdrości, że Jan Paweł II już jest tam, w Domu Ojca, już wszedł do przygotowanego mu mieszkania.
Grupa Polaków obecnych na placu św. Piotra, jednocząc się we wspólnym bólu, utworzyła modlitewny krąg. A było nas tam kilkaset osób. Około północy zaczęliśmy na głos odmawiać po polsku różaniec przeplatany polskimi pieśniami, szczególnie "Barką". Wszyscy mieli oczy pełne łez, a gardła ściśnięte tak bardzo, że trudno było powtarzać słowa modlitwy i pieśni. Nad nami dumnie powiewała biało-czerwona flaga; symbol jedności serc i myśli - jedności z Ojczyzną.
Wielu, także i ja, opuszczało to święte miejsce późno w nocy z przekonaniem, płynącym z wiary, że jeszcze się spotkamy z Janem Pawłem II. Ludzie różnych narodowości, obecni wtedy w Rzymie, wyrażali głębokie przeświadczenie, że zmarły Jan Paweł II żyje.
ks. Jacek Szczygieł SCJ
(Stadniki)
Głogów OnLine
http://www.malach.org/article.php/bylem-na-placu-swietego-piotra