Czy dziecko wystarczy tylko kochać?
18 kwiecień 2007 | Dodał: Anonymous | Odsłon 2,996
Nic nie boli tak, jak dziecko. Dlaczego to, co kochamy, zabija nas? Dlaczego umiłowane dziecko z radością czasem sprawia nam ból? Dlaczego - jak śpiewa Budka Suflera - "Nic nie boli tak, jak życie"?Odpowiedź jest prosta: bo jesteśmy ludźmi. Nie chcemy lub nie potrafimy żyć osobno. I dlatego łączymy się w pary, tworzymy wspólnotę. Wspólnotę opartą na autonomicznych jednostkach, a nie ujętą w karby martwej litery prawa. Człowiek, jak mawiał Hildebrand czy Edyta Stein, zyskuje swoją pełną tożsamość tylko dzięki byciu z innymi ludźmi.
Tęsknimy za dobrą miłością i bezpiecznym życiem. Ciężko pracujemy, by nasze upragnione dzieci mogły raczkować po przedpokoju. Gdy w końcu maleńka zygota przeobrazi się w krzyk głodnego noworodka, nasze szczęście nie zna granic. Zakasujemy rękawy, rezygnujemy z własnych marzeń i stwarzamy dziecku przedsionek raju. Niczym dobry Bóg wskazujemy dobre drzewa, prosimy, by nie wsadzać ręki do wrzątku. Sielanka kończy się, gdy dziecko zrywa zakazany owoc...
Świadome wypowiedzenie posłuszeństwa przez dziecko jest krzykiem zwiastującym narodzenie się rodziców. Bunt dziecka jest nie tylko początkiem drogi krzyżowej dla rodziców, ale i dla samego dziecka. W wędrówce ku dojrzałemu rodzicielstwu bunty - upadki dzieci są krzykiem zranionego świata marzeń, w którym rodzi się nowa tożsamość: tożsamość dziecka, które w walce o realizację prawa do własnego życia, z własnej woli (najpierw nieświadomie, a potem, jak uczą pedagodzy - już z wyrachowania) uczy się zadawać ból ukochanym rodzicom po to, by móc doświadczyć swojej inności i na własnej skórze przekonać się, że rodzice ci nie kochają własnego wyobrażenia o ukochanym dziecku, ale kochają realnie istniejącą osobę.
Zrzucanie skóry noworodka i niemowlęcia jest dla rodziców wyzwaniem: muszą albo nauczyć się żyć z nowym (pod pewnym względem ideologicznie obcym) dzieckiem które neguje na przykład fundamenty naszej wiary i gloryfikuje satanizm czy nihilizm, albo zaakceptować model rodziny na wzór spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Gdy dziecko nieustannie powtarza: "nie wrócę przed dziesiątą", "nie ubiorę tych spodni", "nie posprzątam", mamy wówczas początek rodzinnej wędrówki ku źródłom tożsamości.
Świat zbudowany z "nie" jest dla dziecka pierwszym krokiem na jego wymarzonej drodze życia. Dziecko, które mówi "nie", wyraża swoją niezgodę na istniejący porządek; nie chce już stanowić jedności z rodzicami. Chce być samo dla siebie; im więcej w jego codziennym zachowaniu jest negacji stylu życia rodziców, tym silniej rodzi się jego indywidualność, dzięki której może spostrzegać siebie jako inny, samodzielny podmiot, oddzielony od rodziców.
Ale szukanie tożsamości nie oznacza absolutnego oddzielenia od rodziców. Dziecko chce być kimś odrębnym, ale nie osobnym, bo absolutna odrębność uniemożliwia jakikolwiek kontakt. Porozumieć się mogą tylko ci, którzy "nadają na tej samej fali". Nawet radykalne bunty dziecka są nie tylko zwykłą formą komunikacji rodzinnej: są krzykiem rodzącej się tożsamości, która - paradoksalnie - nie rozbija wspólnoty, lecz ją umacnia. Bunt dziecka jest możliwy jedynie wtedy, gdy można zerwać jakieś więzy (więzy rozumiane jako "coś, co więzi" i "coś, co wiąże").
Mądrzy rodzice trudnych dzieci
Dziecko mówi "nie" światu, który kocha i jednocześnie nienawidzi. Nie buntuje się przeciwko temu, co obce, ale przeciwko temu, co wspólne. Atakuje to, co jest mu bliskie: etos rodzinny. Od dobrego, metafizycznego ucha rodziców zależeć będzie tempo i kierunek tych zmian. Rodzice bowiem zawsze są architektami wszelkich przemian. Są dobrymi budowniczymi, gdy szybko i sprawnie potrafią odszyfrować znaki buntu, słabymi - gdy za wszelkie upadki dzieci obarczają siebie.
Złymi filarami w nowo powstającym świecie dziecka zawsze będą rodzice o trwałym i mocnym wizerunku swoich powinności, czyli tacy, którzy jeszcze przed narodzeniem dziecka wiedzieli, kim ono będzie i jakimi to oni sami będą doskonałymi, wszechwiedzącymi rodzicami. Ich zakonserwowany obraz świata, ich niewiara w możliwość własnej przemiany, ich zdolność do nieustannego usprawiedliwiania wszelkich wybryków dzieci, jak też ich nieumiejętność przyznania się do popełnienia jakiegokolwiek błędu, "spetryfikuje" raz na zawsze drzemiącą w każdym człowieku potencję do wstępowania wzwyż, czyli do stawania się osobą.
Dobrym budowniczym jest natomiast rodzic, który, jak mawiała Wisława Szymborska, chce się uczyć w szkole życia. Dzięki jego przemyślanym reakcjom na bunt dziecka, mogą wyłonić się wartości, które do tej pory nie były wyartykułowane, a które to konstytuują jego człowieczeństwo. Gdy rodzic nie potrafi przekonać dziecka do swojej wizji świata, musi rozpocząć drogę wewnętrznej przemiany. Od siły determinacji zależy dalsze życie rodziny: czy bunt dziecka będzie duchowym początkiem narodzin, czy też ostatnim etapem wspólnego życia.
Otaczający świat jest dla dorastających dzieci jakimś absurdem, czarną dziurą, nonsensem. Nie może być bowiem dobrym świat, który konstytuowany jest przez współistnienie dwóch elementów: dziecięcych pragnień oraz rozczarowań, które przynosi życie. Pozostawienie buntownika w jego krainie kończy się samobójstwem. Ale mądrym rodzicom nie zagraża widmo detoksu(*1) czy częstych odwiedzin na cmentarzu. Mogą oni zrobić dla swojego zbuntowanego dziecka o wiele więcej niż się wszystkim wydaje. Mogą w imię miłości żądać od dziecka, by było człowiekiem, istotą, która potrafi zbudować wspólnotę.
"Mały człowiek", jak o dzieciach mawiał Janusz Korczak, musi na początek nauczyć się mówić. Poprzez język nawiązujemy kontakt z samym sobą i z drugim człowiekiem. Ale język jest nie samochodem, którego używamy w celu załatwienia jakichś interesów. By móc rozmawiać ze sobą, musimy uczyć się rozumienia. To, co dla nas - rodziców jest zwykłym pasemkiem włosów zwanym "dredem" dla dziecka jest zewnętrznym znakiem jego niezadowolenia. Moc, która kryje się w słowach, nie jest do odczytania w słownikach semantyczno-syntaktycznych. Siła słów wypływa z buntu. Rozmawiać z dzieckiem, oznacza wniknąć w świat jego lęków i marzeń. Aby być skutecznym, trzeba chcieć zrozumieć dziecko; otwartość rodziców na inne wizje wspólnego życia jest gwarantem porozumienia się. Sukces odniesie ten rodzic, który w życiu kieruje się dwoma zasadami: miłością i odpowiedzialnością, dyktującymi mu, w jaki sposób zachować się w konkretnej sytuacji. Gdy majstersztyki codzienności nie przynoszą efektów, rodzice, niczym ewangeliczny Ojciec syna marnotrawnego, muszą uzbroić się w cierpliwość. I mieć nadzieję.
Nadzieja do końca i mądra ciekawość
Nadzieje są różne: mądre i głupie, dojrzałe i infantylne. Jak oddzielić jedne od drugich? Gdzie leży linia demarkacyjna? Czy mogę mieć nadzieję na to, że moja buntownicza córka wróci kiedyś na łono Kościoła, a marnotrawny syn znajdzie drogę do domu?
Nadzieja otwiera nas na innych ludzi. Sprawia, że napotkany człowiek nie staje się wrogiem czy konkurentem, ale partnerem. Dzięki istnieniu Drugiego, mogę spełniać swoje nadzieje. Dzięki istnieniu krnąbrnych, aroganckich, buntowniczych dzieci rodzice mają możliwość poznania samych siebie.
Oprócz pieniędzy dzieci nie potrzebują wiele do spełnienia swoich nadziei. Matka alkoholika, mąż narkomanki, rodzice ciężko chorego dziecka budzą się codziennie do życia i wiedzą, że ich sytuacja jest beznadziejna. Ale właśnie to poczucie tragizmu odsłania inny wymiar egzystencji. W chorobie, w buncie, w rozpuście ujawnia się siła człowieka. Tylko bezradna matka i zagubiony ojciec może mieć na tyle siły, by wciąż mieć nadzieję. By wciąż wierzyć, że ich ukochane dziecko to nie tylko dziewczyna z dredami i z papierosem w ręku. Nadzieja wymaga heroizmu i rodzi heroizm. Jest siłą bezsilnych.
Jednak by bez obrzydzenia patrzeć na swoje dzieci, trzeba otworzyć drzwi ciekawości. To dzięki niej możemy poznać tajemnice wieku dojrzewania. Ciekawość pozwala wyzwolić się z naiwnych wizji świata, w których dziecko niewiele różni się od cherubinka, a kłopoty wychowawcze mają tylko rodziny patologiczne. Dobra ciekawość każe rodzicom przestać myśleć o przyszłości i sugeruje skoncentrować się na "tu i teraz". Ciekawość pozwala budować przestrzeń równowagi, w której możemy zapytać sensownie o nasze i dziecka preferencje.
Ważną zaletą ciekawości jest zachowanie dystansu wobec ukochanego, ale jakże duchowo obcego dziecka, szczególnie wtedy, gdy jego zachowanie burzy równowagę życia rodziny. Mistrzynią w szukaniu takiej równowagi była Monika, matka św. Augustyna.
Ciekawość daje dystans i pobudza do otwartego myślenia, ale prowadzi też do wielu głupich i szkodliwych poglądów oraz wyobrażeń. Czy warto ryzykować utratę autorytetu? Czy nie lepiej zaufać podręcznikom i "tylko" kochać dziecko? Wciąż przecież słyszy się zawołania o tym, by "się nie lękać, bo sama miłość wystarczy". I może nie warto słuchać zgnębionych myśli, a jedynie oddać się bezgranicznie sile miłości? Obserwując zachowania krnąbrnych dzieci, niejeden rodzic dokonuje matematycznych kombinacji i z niedowierzaniem stwierdza, że przegrał życie w grze, w której nie powinno być pokonanych. Bo idealistyczna, rodzicielska miłość przynosi piękne owoce tylko w filmach familijnych, w których dobro zawsze procentuje, a cierpliwość zostaje wynagrodzona. Codzienne pranie pieluch czy czekanie na pijanego syna zostanie wynagrodzone tylko poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jedynym ratunkiem przed zgorzknieniem jest bowiem, jak sądzę, przyjęcie następującej strategii: zamiast narzekać na dzieci, nauczmy się mądrej ciekawości, tzn. poddanej rozumowi.
Wielcy nauczyciele chrześcijaństwa głosili nie tylko to, że wiara szuka rozumu, ale i możliwa jest droga przeciwna, na której rozum szuka wiary. O tym, że są to poszukiwania warte samego Sherlocka Holmesa, wiedzą rodzice ogolonych, wytatuowanych dzieci. I nie są to żadne mrzonki ani iluzje. W każdym buntowniczym nastolatku mieszka nasze dziecko. Musimy jednak bardzo dużo napracować się, by się do niego dostać. Tym właśnie różni się nadzieja od marzenia. Nadzieja to realna perspektywa wymagająca odpowiednich dróg działania.
Za spełnienie moich nadziei odpowiedzialna jestem tylko ja; sama, własnymi rękami mam modelować rzeczywistość. Im więcej mam różnych marzeń i pragnień, tym więcej mam nadziei na lepszy byt, na nowe i ważne spotkania z własnymi dziećmi, z sobą samą. Dopóki rodzice mają nadzieję, otwierają się na coś nieznanego, niespodziewanego. Bycie rodzicem niewiele różni się od bycia starym rybakiem z opowiadania Stary człowiek i morze Ernesta Hemingwaya, któremu przez 84 dni nie udaje się złowić żadnej ryby. Gdy w końcu Santiago wygrywa walkę z merlinem, traci swą zdobycz. W drodze powrotnej do domu atakują ją rekiny i pomimo wielkich starań rybaka, nie udaje mu się uchronić zdobyczy przed ostrymi zębami drapieżnej ryby. Ale Santiago walczy do końca. W jego świecie "człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać".
Podobnie jest z rodzicami, tymi mądrymi, nie biologicznymi: o swoje dzieci walczą do końca. Nawet, gdy dziecko ucieknie z domu i głośno wyrzeknie się swoich związków rodzinnych, nie przestanie być dzieckiem, największym ich darem. A przyjęcie daru, jak wskazuje św. Tomasz, oznacza również przyjęcie dawcy, czyli różnych odsłon Pana Boga. Dawca jest w swoim darze, mówi trzeźwy myśliciel średniowieczny. Wiele opisów miłości, łaski jako samoudzielania się Boga, sugeruje taki właśnie obraz - darować można przede wszystkim siebie. Zatem w darze, jakim jest dziecko, dawanie siebie musi być darmo - nie może być zapłatą, nie może być zasłużone, nie może też nakładać warunków na dar. Dar, jakim jest dziecko, można odrzucić. Ale jeśli się ów dar przyjmie, trzeba być z nim do końca. Jak stary rybak ze swoim złowionym merlinem...
Jola Workowska
------
Artykuł nadesłany - jeżeli posiadasz prawa autorskie do tego tekstu i został on zamieszczony bez twojej zgody napisz do nas, materiał usuniemy.








































Odnośniki