Otwarte okno w domu Ojca
28 marzec 2006 | Doda³: A. Orsini | Ods³on 867
Sobota, 2 kwietnia. Jest ju¿ pó¼no, trzeba jechaæ do domu. Wychodzê z Pa³acu Apostolskiego przez Spi¿ow± Bramê. Jest ¼le, ale gdzie¶ blisko serca ko³acze siê nadzieja. Plac ¶w. Piotra. Mijam modl±ce siê grupy ludzi. Spogl±dam na okna papieskich apartamentów. Cisza. Okna zamkniête. ¯adnego ruchu. Przecinam plac, by w±skimi uliczkami dotrzeæ do Santa Maria alle Fornaci.
Tam w ma³ym klasztornym hoteliku zakwaterowa³em swoich go¶ci z Polski i tam parkujê samochód. Nie ma ich w hotelu. Pewnie s± na Placu ¶w. Piotra. Zobaczymy siê jutro. Obieca³em, ¿e na niedzieln± Mszê ¶w. zabiorê ich do San Cesareo, ma³ego, starego ko¶ció³ka blisko Termów Caracalli. To by³ ko¶ció³ tytularny kardyna³a Wojty³y.
By³o to w roku 1967. Rok wcze¶niej zda³em maturê i wróci³em z rodzicami do Italii. Têskni³em za Polsk±. I wtedy dowiedzia³em siê, ¿e Pawe³ VI mianowa³ kardyna³em Arcybiskupa Krakowskiego. Raz widzia³em go na Jasnej Górze. Robi³ dobre wra¿enie. Mia³ mi³y u¶miech i jaki¶ wyraz pokory i skupienia w twarzy. Nie taki „wykrochmalony” jak inni biskupi. Ojciec za³atwi³ mi bilet do Kaplicy Sykstyñskiej. To on. Poznajê. Klêka przed papie¿em Paw³em, który wk³ada mu na g³owê beretta rossa: Na chwa³ê Boga Wszechmog±cego – mówi papie¿ – i na chwa³ê Ko¶cio³a, przyjmij tê oznakê godno¶ci kardynalskiej, dla której musisz siê staæ obroñc± wiary, a¿ do przelania krwi. „Taki m³ody i ju¿ kardyna³” – mówi kto¶ obok. Mo¿e dlatego rozleg³y siê po raz pierwszy brawa, gdy w³a¶nie kardyna³ Wojty³a podszed³ do papie¿a.
W³±czam radio w samochodzie. Ju¿ dzisiaj nie bêdzie ¿adnego komunikatu o stanie zdrowia Papie¿a. Jadê wiêc do domu. Próbujê siê modliæ, ale nie mogê. Zaciskam rêce na kierownicy. Na Lungotevere przy¶pieszam. Po drugiej stronie Tybru wybieram znajome ulice najmniej ruchliwe o tej porze.
W domu oczekuje mnie bratanek i kilku jego kolegów. Chc± siê czego¶ dowiedzieæ, a ja wiem tyle co i oni. Bez zmian. Trzymamy w³±czony telewizor i Radio Watykañskie. M³odzi pytaj± mnie o papie¿a, domagaj± siê wspomnieñ. Opowiadam o Polsce o pierwszym z nim spotkaniu w roku 1970 w Krakowie. Jako¶ robi nam siê l¿ej na duszy.
Ju¿ pó¼no. Ch³opcy i dziewczêta zbieraj± siê do wyj¶cia. I wtedy... na ekranie telewizora pojawia siê Plac ¶w. Piotra... Il nostro amatissimo Papa Giovanni Paolo ha tornato alla casa del Patre... Stoimy przed telewizorem, milczymy… Id¼cie ju¿ – przerywam milczenie – Lei ha tornato alla casa del Padre… Wróci³ do domu Ojca – dodajê po polsku. Patrz± na mnie pytaj±co. Ju¿ wiedz±, ¿e chcê zostaæ sam. Wychodz±.
Chodzê po pokoju bez celu. Ju¿ nie s³yszê ani radia, ani telewizji. Dociera do mnie tylko tyle, ¿e pielgrzymi zebrani pod papieskim oknem zaczynaj± wspóln± modlitwê. Wiem, ¿e muszê wyj¶æ z domu. Ale gdzie?
Wychodzê. Nie zamykam domu. Nie wiem gdzie s± klucze. Zreszt± po co? W domu Ojca Mego jest mieszkañ wiele…Ruszam przed siebie bez celu. Dochodzê do Via Merulana. Tu zawsze by³y procesje na Bo¿e Cia³o. To On je przywróci³ Rzymowi – od Santa Maria Maggiore do San Giovanni. Mijam znajom± restauracjê, gdzie zawsze rano pijê pierwsze espresso. W³a¶ciciel próbuje pozbyæ siê grupu Japoñczyków: Nie ma nic! Wychodziæ! Zamykamy! No more Pope… No mangiare! Niente! Va via! Close! Va via! Zdezorientowani Azjaci nic nie rozumiej±, ale opuszczaj± restauracjê i ruszaj± w kierunku dworca Termini, gdzie maj± nadziejê co¶ zje¶æ. W oknie restauracji portret Jana Paw³a u¶miechniêtego. Wykona³o siê!
Ha tornato…Ha tornato… Ha tornato… S³owa nadaj± rytm moim nogom. W g³owie pustka. Dlaczego tak zimno ko³o serca? Mam dreszcze? Chyba siê rozchorujê. Duch ochoczy, tylko cia³o md³e. Tylko nogi pracuj± rytmicznie: ha tornato… ha tornato… Reszta cia³a stara siê nad±¿yæ za nogami i nad±¿a, bo czy ma inne wyj¶cie? Dopiero na Via Nazionale widzê wype³nione lud¼mi autobusy jad±ce w kierunku San Pietro. Nikt nie idzie w przeciwnym kierunku. Kto¶ o co¶ pyta. Nie mogê zrozumieæ o co mu chodzi. Aha! Pokazujê rêk± kierunek i ruszam dalej, przed siebie, gdzie¶, nie wiem gdzie. Wiem tylko, ¿e muszê i¶æ, ci±gle i¶æ… Ha tornato!
Santo subito! Santo subito! – skanduj± W³osi. Wiatr przewraca karty Ewangeliarza na trumnie. Po co mówiæ? To oczywiste. San Giovanni Paolo Magno, biskup Rzymu nie z Rzymu; „z dalekiego kraju” a taki bliski; „s³uga s³ug Bo¿ych” a przecie¿ Ojciec… Szuka³ nas przez 26 lat i wreszcie przyszli¶my do Niego. Siedzê owiniêty w profesorsk± togê i s³ucham co mówi o Nim kardyna³ Razinger… Ale czy o Nim mówi? Czy w ogóle mo¿na o Nim co¶ powiedzieæ… Pozostaje milczenie, które jest sam± modlitw± przed Bogiem – tak mówi³ u pocz±tku swego pontyfikatu, kiedy ani my, ani On sam, nie mogli¶my zrozumieæ planów Opatrzno¶ci, która Go wezwa³a i kaza³a Mu zamieniæ Kraków na Rzym, purpurê na biel, Stanis³awa na Piotra.
Ka¿dego dnia d³ugie szeregi pielgrzymów zstêpuj± w Watykañskie Groty, gdzie grób w ziemi i marmurowa p³yta z napisem. Przychodz± do Niego tak, jak przychodzili przez blisko 27 lat. Kiedy¶ pragnêli go dotkn±æ, raz ma³o nie urwali rêkawa bia³ej sutanny, pó¼niej ju¿ tylko chcieli, by na nich spojrza³. Viva il Papa! Krzyczeli, bili brawo, machali sztandarami. Niczego by Mu nie odmówili. Przy Nim czuli siê silni, nawet ci na inwalidzkich wózkach, bo On ich wype³nia³ si³± swej wiary, niez³omno¶ci± nadziei, ¿arem mi³o¶ci. A oni oddawali Mu mi³o¶æ za mi³o¶æ, serca za serce, u¶miech za u¶miech. I nawet nie potrafili sobie wyobraziæ, ¿eby Go nie by³o, ¿eby zabrano Go sprzed ich oczu. Pod Jego czujnym spojrzeniem dorastali, dojrzewali, starzeli siê.
A potem pokaza³ nam, ¿e nie tylko umie mówiæ o cierpieniu, ale i cierpieæ. Pokaza³ nam, ¿e dobrowolnie przyjête cierpienie ma moc zbawcz±, a mi³o¶æ mu towarzysz±ca jest mi³o¶ci± zbawiaj±c±. Umieszcza³ to swoje cierpienie w ¶wiecie idei ofiary. Sam sk³ada³ w ofierze siebie, stopniowo – najpierw dr¿±c± rêkê, pó¼niej s³abn±ce nogi, wreszcie to, na co zawsze czekali¶my: g³os. Któ¿ jest w stanie zrozumieæ ból tej chwili, gdy stan±³ w oknie i chcia³ nam co¶ powiedzieæ, i nie móg³. Krzy¿ wpisany by³ w Jego ¿ycie tak, jak wpisany by³ w dzieje jego narodu. Skoro nie mogê ju¿ do was mówiæ, pozwólcie mi odej¶æ. To ten sam akt poddania siê Bo¿ej woli, który na konklawe w roku 1978 kaza³ mu powiedzieæ: W duchu pos³uszeñstwa… przyjmujê wybór.
Min±³ rok. Rok? A przecie¿ ci±gle o Nim mówimy. Tu by³, tu co¶ powiedzia³. Chodz±c po Rzymie, stale siê z Nim spotykamy, stale nasze drogi krzy¿uj± siê z Jego drogami – w bazylikach, ko¶cio³ach, szpitalach, wiêzieniach – wszêdzie jest, bo wszêdzie “cz±stkê swej duszy zostawi³”. Odszed³ do domu Ojca, wszystkich nas tam wyprzedzi³. Ju¿ nie musi wierzyæ, bo wie. Ju¿ nie potrzebna Mu nadzieja, bo osi±gn±³ wszystko. Ju¿ widzi twarz± w twarz. Nie ma ju¿ cierpienia, nie ma bólu – zosta³a tylko mi³o¶æ, ta jedna, która trwa i trwaæ bêdzie zawsze, która nigdy siê nie koñczy. I dlatego nie zamkn±³ okna, tam, w domu Ojca… i dlatego wci±¿ czujemy na sobie Jego uwa¿ne spojrzenie.
A. Orsini









































Odno¶niki