Ich posługa to bycie
08 lutego 2007
Autor: Marcin Kopij
Czas wypisu ze szpitala dla chorego i jego rodziny jest jak wyrok. Wtedy wkraczają oni - ksiądz, wolontariusze i pielęgniarki z poznańskiego Hospicjum Domowego św. Jana Kantego. Od tego momentu są do dyspozycji umierającego o każdej porze dnia i nocy, do ostatnich dni, "ucząc śmierci" nie tylko konających, ich rodziny, ale i siebie samych...
Myśl o powołaniu hospicjum zrodziła się w poznańskim szpitalu przy ul. Przybyszewskiego 22 lata temu. - Służba zdrowia była atakowana za to, że "bez płacenia" niczego nie można dostać. My postanowiliśmy zrobić coś innego – wspomina Jolanta Ruszkowska, założycielka hospicjum. Wraz z kilkorgiem osób zwróciła się ze swoim pomysłem do ks. Ryszarda Mikołajczaka, który wtedy zajmował się niepełnosprawnymi. Kapłan pomysł podchwycił i zgodził się poprowadzić dzieło. – To zaczynało się w tym budynku, piętro niżej - mówi. Dlaczego Jan Kanty? Bo to jest przedłużenie jego działalności sprzed wieków. - Dzięki niemu wiemy co robić, nie musimy szukać jakichś nowych programów - przekonuje ks. Ryszard.
A posługa hospicjum nie jest lekka. Około czterdziestu wolontariuszy medycznych (lekarze i pielęgniarki) i niemedycznych, a także ksiądz zajmują się osobami z chorobą nowotworową, której nie można już leczyć. Bezinteresownie niosą im pomoc, zjawiają się w ich domach na każdą prośbę. Po co? - Ciężko chory nie może zostać w domu sam. A przecież rodzina musi iść do pracy, dzieci do szkoły. Ponadto nawet średnio zamożnych po prostu nie stać, by opłacać opiekę w ciągu dnia - wyjaśnia siostra Irena, wolontariuszka. Często też rodzina nie chce oddać chorego po raz kolejny do szpitala, bo jak mówi wolontariuszka Urszula, "chce mieć go w tych ostatnich chwilach przy sobie".
Zaczyna się od wypisu
Opieka hospicyjna to nie tylko "posługiwanie z podsuwaczem", ale też, a może przede wszystkim, bycie z cierpiącym, które zaczyna się na krótko przed wypisem ze szpitala. - Wtedy chorzy są już świadomi swego stanu i wiedzą o tym, że za chwilę będzie bardzo konkretny kłopot dla nieprzygotowanej na tę sytuację rodziny - mówi ks. Mikołajczak. - Cały ten moment zawstydzenia, trudności, niestwarzania sobą problemów najbliższym jest bardzo wielkim cierpieniem tego człowieka - czuje się jak zastraszony królik. Wtedy wraz z zespołem dyżurnym wkraczamy my - dodaje. Ta sytuacja daje choremu i jego rodzinie pewność, że nie jest wstydem, kiedy proszą o pomoc następnego dnia. - Oni zasmakowali bardzo ważnego "bycia" w godzinie ich potrzeby, chcą "bycia" kontynuowanego, które jednoczy - zauważa ks. Ryszard.
To "bycie" przynosi wymierne korzyści umierającym. Czerpią z niego radość i siłę, które - jak mówi wolontariuszka Basia - promieniują z chorego, mimo jego cierpienia. - Doświadczyłam tego, opiekując się dwoma osobami, a miałam jak na razie trzech podopiecznych, czyli sprawdza się to w 66 proc. - przyznaje ze śmiechem.
Katharsis dla rodziny
Korzyści czerpie również rodzina. - Ta niesamowita dobroć, ciepło i miłość ludzi, którzy przychodzą, jest bardzo potrzebna nie tylko choremu, ale i nam, którzy cierpimy razem z umierającym – mówi Barbara, żona niedawno zmarłego. - Dzięki Hospicjum św. Jana Kantego mąż umierał w spokoju, a ja wraz z córkami w obliczu całej tej tragedii nie byłam sama - dodaje ze wzruszeniem.
Jak posługa hospicyjna zespala rodzinę, pokazuje historia Ady - wolontariuszki z 12-letnim stażem. - Od wczoraj jestem pod wpływem pani Zofii, która odeszła w nocy. Od ponad 40 lat mieszkała z niepełnosprawną córką. Choć od początku choroby nowotworowej należało pójść do stacjonarnego hospicjum, córka nie wyobrażała sobie oddać tam mamy i postanowiła zorganizować pomoc w domu. Zdecydowała się na Hospicjum św. Jana Kantego. Posługując wraz z młodymi pielęgniarkami, Patrycją i Kasią, widziałam jak w tych ostatnich dniach scalała się przy jej łóżku rodzina; przyjechała siostra pani Zofii, wnuk - adoptowany syn niepełnosprawnej córki. Wszyscy wspólnie w tym czasie bardzo się zjednoczyliśmy - wspomina z przejęciem.
"Złota kura" Kościoła
Ta historia, jak wiele innych, jest też dowodem na to, że umieranie i "bycie" nie pozostaje bez wpływu na samych wolontariuszy. - Chory potrafi bardzo wiele nas nauczyć. Pełniłam posługę, przez którą chora kobieta nauczyła mnie w niesamowity sposób cierpliwości, pokory i pogłębienia swojej wiary - wspomina wolontariuszka Małgorzata. A to ostatnie nie jest bez znaczenia nie tylko dla samych wolontariuszy, u których często "doświadczenie umierania", jak mówi ks. Mikołajczak, "prostuje ich życie", ale także dla rodzin umierających, którzy widząc troskę wolontariuszy, po latach nawracają się. - Od strony duszpasterskiej hospicjum jest taką "złotą kurą"”. Regulowanie związków niesakramentalnych, spowiedzi po latach, chrzty - to wszystko zmienia się pod wpływem bycia z ojcem, matką czy córką w godzinie ich umierania - wyjaśnia kapłan. - Nie dzieje się to od razu, czasem po trzech, pięciu latach, ale dla mnie to jest namiastka tego pierwszego Kościoła - dodaje.
Numerki i czekoladki
Owoce tej niezwykłej posługi przenoszą się też czasem na kontakty z sąsiadami, których wcześniej, gdy wszyscy byli zdrowi, nie było. - Koło mnie siedzi Piotr, sąsiad pani Marii, którą się opiekuję - mówi wolontariuszka Basia. - Zaofiarował swoją pomoc. Dziś poszedł i... - Pomogłem nakleić numerki, które starły się na telefonie - wyjaśnia młody chłopak. - To był prosty gest, a dał mi masę szczęścia. Pani Maria też była niesamowita. Kiedy odmówiłem jakiejkolwiek zapłaty, ona z wdzięczności wcisnęła mi czekoladki - śmieje się Piotr.
Duch "macza palce"
A czy mimo wszystko, posługując wśród cierpiących, mając też wiele swoich obowiązków, swoje życie, pracę, szkołę i codzienne problemy, są momenty, gdy wolontariuszom najzwyczajniej w świecie nie chce się iść do umierającego? - Dla mnie to zwyczajne bycie z drugim daje tyle radości, wewnętrznego pokoju, że nie istnieje przymus pójścia do chorego. Ja po prostu chcę tam być, bo wiem, że on mnie potrzebuje - mówi Basia. - Tak sobie układam hierarchię ważności spraw w ciągu dnia, że znajdę na to czas. Wiem, że jak pomogę innym, to Duch Święty pozwoli mi przezwyciężyć moje problemy - dodaje. Potwierdza to Ada, weteran wśród wolontariuszy, mówiąc, że niezależnie od godziny, zawsze gotowa jest "na wyjście do umierającego". Słuchając tych słów nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w ich niesamowitej posłudze Duch Święty faktycznie ciągle "macza palce".
Michał Bondyra
Przewodnik Katolicki nr 6 2007 r.
Comments (0)
Głogów OnLine
http://www.malach.org/article.php/ich-posluga-to-bycie