Spowiedź ratuje nam życie...
18 kwiecień 2006 | Dodał: Admin - Malach | Odsłon 720
O muzycznej pasji, prawdziwej przyjaźni i pojednaniu z Panem Bogiem z zespołem "Katolika Front" rozmawia Weronika Gurdek. Z Bocianem rozmawiałam ponad rok temu w Chorzowie, po festiwalu "Stróże Poranka". Grześ był wtedy bardzo ostrożny w mówieniu o tej kapeli, która dopiero co powstała, specjalnie na ten festiwal. Ale minął rok... ...Zagraliście już zresztą po raz drugi na Stróżach i można teraz zapytać, czy zespół się już ukształtował i wykrystalizował składowo, muzycznie...?
Grzegorz "Bocian" Bociański: Faktycznie to był wtedy pierwszy koncert w Chorzowie, w Teatrze Rozrywki. To miał być tylko jeden projekt. Zygmunt i Jacek się zgodzili zagrać, tak po przyjacielsku. Wtedy Krzysiu jeszcze z nami nie grał. I zupełnie nie wiedziałem, czy będzie nam się chciało. Czy to będzie miało jakikolwiek sens. Każdy z nas ma rodzinę, dzieci i czy to się po prostu uda. Ja miałem zapał i chęci, ale nie wyobrażałem i nadal nie wyobrażam sobie, żeby kogokolwiek do czegokolwiek zmuszać. Nie wiem, czy to jest dobry styl, bo są zespoły, które pracują, dzień w dzień po kilka godzin. A my przyjęliśmy założenie, żeby się nie zmęczyć, nie zapętlić w muzykę. Chcemy przede wszystkim czuć w tym radość.
Jacek Przydryga: Jeśli chodzi o to wykrystalizowanie się, to ja bym powiedział, że pod kątem osobowym wykrystalizowaliśmy się. Mamy fajny skład, bardzo fajnie się nam gra razem, dobrze się ze sobą czujemy. Mówię za wszystkich w tej chwili. To takie optimum jakie można sobie wymarzyć jeśli chodzi o zespół, o relacje między ludźmi. Wydaje mi się, że dokładnie to jest to, jak każdy zespół chciałby funkcjonować. Bez żadnego przymusu, wariactwa. Bez jakiegoś faszyzmu wewnętrznego.
Bocian: Może powiem teraz takie niemodne słowo, bo ludzie się nie przyznają do uczuć, dziś trzeba być albo twardym, albo wyluzowanym, ale słowo: tęsknię. Tęsknię za ich towarzystwem, kiedy się dłużej nie widzimy...
Jesteście po prostu przyjaciółmi...
Bocian: Jesteśmy. Jest radocha. A poza tym ja pamiętam czasy wcześniejsze naszego grania, każdego z nas. Ten numer, który jest teraz na składance RUaH - "Hej Ty słuchaj", przypuszczam, że jak by to było kiedyś, to byśmy się już pozabijali. Miałbym tysiąc pretensji do Krzysia, że to tak długo trwa itd. Mnie to cieszy, że ja już nie mam takiego ciśnienia. Po prostu, kiedy może to zrobi, jak nie może to nie zrobi.
Jacek: Reasumując, musieliśmy wiele czasu przegrać, żeby po tylu latach mieć w miarę właściwie podejście. Przynajmniej pod tym kątem zespół się wykrystalizował. Natomiast na pewno nie wykrystalizowaliśmy się pod kątem muzycznym. Dalej będziemy poszukiwać. Każdy z nas jest fanem innej muzyki. Czynnik wspólny to energia, czad itd. Stylistycznie nie koniecznie będzie to spójne, nasza muzyka będzie się ocierała o różne nurty.
Bocian: Ja się męczę jednym stylem. Ktoś gra metal i idziesz na koncert i jest półtorej godziny metalu, albo ktoś gra reggae i półtorej godziny tylko reggae. Ja bym chciał wszystko grać. Jak mamy ochotę, żeby był numer punkowy, to gramy punk, a jak reggae, to zagramy reggae. A nie, że jak już był punkowy, to reggae nie będzie pasowało. Chciałbym, żebyśmy grali wszystko. Na tyle już jesteśmy wolni, żeby się nigdy nie wpuścić w żaden kanał stylowy.
Nazywacie się Katolika Front. Prowokacyjna nazwa i automatyczne skojarzenie. Grześka już o to kiedyś pytałam... Ale teraz jesteście wszyscy razem i mogę powtórzyć - o co walczycie?
Zygmunt Koperczak: O samych siebie. Można to odbierać dowolnie, ale myślę, że po części o samych siebie, tak samo jak każdy ze słuchaczy czegoś szuka, tak samo my szukamy. My jesteśmy jeszcze dalecy...
Bocian: My jesteśmy w tym samym punkcie Zyga...
Zygmunt: Tak, ale ja mówię, że szukamy. Po prostu szukamy...
Jacek: Ale z naszą poprzednią twórczością są pewne analogie. To też było bezkompromisowe, zawierało przesłanie. Teksty było generalnie dosyć walczące i zawsze o pozytywnym przesłaniu...
Bocian: Tylko, że to był taki czas, że ja bałem się dosłowności. Nawet jak miałem na myśli Boga, to nie użyłbym wtedy słowa Bóg, bo się wstydziłem. Bo to było by nienowoczesne, jakby to zostało przyjęte... A teraz chcę dosłownie - raz, że ja w to wierzę, a dwa, że może to być właśnie jakieś niedopowiedzenie. Jak bym powiedział światło, albo energia to wiesz, fajnie, energia itd. A jak powiesz Jezus to jedni Cię wyśmieją, drudzy obrzucą błotem, a ktoś inny powie OK. Nie chcę zostawiać żadnych furtek. Jezus to jest Jezus. Bóg to jest Bóg. A nie energia...
Jak ten rok minął wam na koncertach? Już dwukrotnie zagraliście na festiwalu "Stróże Poranka". Gdzie widzielibyście Katolikę, na jakich koncertach, w jakim środowisku?
Krzysiek Stasiak: To trudne pytanie... Takie granie na festiwalach... Hm, ja jestem przeciwny ograniczaniu się. Chciałbym przede wszystkim grać w miejscach innych, czarnych, tam, gdzie nie ma towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie wszyscy mówią Jezus, tylko tam gdzie mówią szatan, tam gdzie się biją, gdzie jest zło. Niesiemy ze sobą Dobrą Nowinę, nasze koncerty są formą ewangelizacji i tak, jak każdemu księdzu, z którym rozmawiam powtarzam, żeby wyszedł na zewnątrz swojego środowiska, żeby tam niósł nowinę, tak samo ten zespół to robi. I tak widzę naszą misję.
Myślę, że to jest bardzo dobry pogląd na to środowisko, które się zrobiło trochę hermetyczne...
Bocian: Tak, oczywiście. Gramy tam, gdzie nas zaproszą. Jak nas zaproszą do Jarocina czy na Woodstock, to pojedziemy bez żadnego obciachu i bardzo chętnie zagramy.
Modlicie się przed koncertami?
Bocian: Skupiamy się... (śmiech) W ramach takiej anegdotki... W Piekarach, jak byliśmy przed naszym koncertem cały czas ktoś coś ode mnie chciał. A ja łaziłem, wy czekaliście. I Jacek do mnie przyszedł i mówi "Bocian...", a ja w całym tym amoku "Co?", a on "A nie zapomnieliśmy o czymś?", a ja dalej nie wiem w ogóle o co chodzi, a on "Może byśmy się tak poskupiali" (śmiech). Nie powiedział "Może byśmy się pomodlili", tylko "Może byśmy się poskupiali"...
Zygmunt: Ale zawsze jest tak, że mówimy, żebyśmy nie byli zgorszeniem, żeby nie było ważniejsze to, co my chcemy zrobić. Przed samym koncertem, kiedy tak naprawdę buzujesz ciało i krew, uspakajasz się i wychodzisz w zupełnie innym nastawieniu. I czy się pomylisz czy nie, to już przestaje mieć znaczenie. Przestaje mieć znaczenie tysiące innych rzeczy i świetnie się czujemy na scenie. Nie wiem, czy wcześniej z kapelami czułem się aż tak dobrze jak tutaj.
Bocian: Jak graliśmy kilka lat wcześniej, to gdzieś to moje serce było tak nadęte pychą, próżnością, że muszę być super, super wyglądać, zagrać. Cały czas było to ja. Tutaj też nie jestem wolny od próżności, ale też nie to, żeby coś odwalać. Zależy mi, żebyśmy dobrze zagrali. Chodzi o to, że nie my jesteśmy pierwsi. Bóg jest przed nami.
Jacek: Gdybyś kiedyś słyszała tą naszą modlitwę... To nie jest tak, że "Panie Boże, żebyśmy się nie pomylili, a tej kapeli po nas struna pękła.". To jest podziękowanie za nas...
Zygmunt: Za siebie nawzajem...
Jacek: Nie proszę, tylko dziękuję... Tu masz stres, tremę, ale na modlitwie zmieniasz zupełnie punkt widzenia. Jest nam po prostu raźniej i przypominamy sobie po co właściwie wychodzimy na scenę.
No właśnie... Co ten rok grania zmienił w was w sferze duchowej? Do czegoś was przybliżył?
Bocian: To co mówiłem chłopakom gdzieś tam półsłówkami, teraz jest okazja, żeby powtórzyć. Każdy z nas jest na innym etapie, duchowym, życiowym. To nie to, że ja jestem z przodu, a oni w tyle, nie o to mi chodzi. Ale bardzo mi zależy na Jacku, na Krzysiu i na Zygmuncie, na ich życiu, także duchowym. To znaczy, ja nie stoję nad nimi jak inkwizytor i mówię, że mają chodzić do kościoła, bo jak nie, to się pogniewamy, nic z tych rzeczy. Ja się codziennie za nich modlę - nie mówiłem wam tego - ale każdego dnia za cały zespół, za nasze dzieci i żony. Serce by mi pękło, jakby coś się z nimi - wami - podziało w sensie duchowym. Na pewno bym im powiedział: "Słuchaj, źle robisz...", ale to nie to, że będę stał z karabinem przy głowie...
Nigdy nie wiadomo co nas spotka, co się wydarzy, każdy z nas się może nagle pogubić...
Krzysiek: Może Ikah czy Bocian jesteście bliżej...
Bocian: Ale my nie jesteśmy bliżej, cały czas to powtarzam. Jesteśmy w tym samym punkcie...
Krzysiek: Każdy ma swoją drogę, dłuższą, krótszą... Pan Bóg zna nasze serca i wie, co się w nich dzieje.
Oczywiście, tyle dróg do Nieba ilu ludzi... W porządku. Wróćmy do muzyki. Mieliście sporą przerwę w graniu. Bocian i Jacek to nawet taką wyraźną przerwę...
Zygmunt: Ja nie grałem osiem lat...
No właśnie. I stąd pytanie: dlaczego taka przerwa. Muzyka to pasja, która nie daje o sobie zapomnieć...
Krzysiek: Ona nie daje zapomnieć, ale często nie daje też pieniędzy i kiedy się założyło rodziny, a wszyscy mamy rodziny, to trzeba było pomyśleć o pracy. I dziś każdy z nas gdzieś tam pracuje, a granie jest tylko hobby. Jednak to hobby jest dość drogie, nie mieliśmy na nią czasu, kiedy byliśmy na tzw. dorobku. Teraz, kiedy nasze życie się ustabilizowało, to możemy się tym zająć na nowo. I to się jakoś zeszło z powstaniem tego zespołu...
Bocian: W listopadzie powstała Katolika, pierwszy koncert. Choć Krzysiek nie grał z nami od początku, dołączył w marcu, na miejsce Marcina Ziemniewicza z zespołu Kadosz. To było ciekawe zdarzenie. Szukaliśmy basisty, a Krzysia znaliśmy od kilku lat, Jacek dłużej nawet niż ja, bardziej jako muzyka, a potem realizatora dźwięku, a ja zaś zupełnie odwrotnie - najpierw jako dźwiękowca, a później jako muzyka. I wiesz nagle basista, basista... Krzysiek! Ale nie - myślę - on nie będzie chciał w czymś takim uczestniczyć, bo to nie jest poważny zespół, o Panu Bogu jeszcze, za darmo. A tu się okazuje pozytywna reakcja...
Krzysiek: Wymodlone... Przez was i przeze mnie również, bo akurat to był moment takiego nawrócenia małego i chciałem, żeby się tak stało.
Zygmunt: Ze mną też było sympatycznie. Miałem wiele lat przerwy, zacząłem grać w Korbowodzie i to też przypadkiem. To jest dokładnie tak, jak powiedziałaś, że to wewnątrz gdzieś cały czas jest i o tym się nie da zapomnieć, tego się nie da pozbyć. Przy czym w Korbowodzie to, co mówiliśmy na początku - ciężka praca, a w Katolice czuję się fantastycznie. I graliśmy gdzieś koncert, a tu ktoś mówi, że mój kolega tutaj jest. A ja Boćka nie widziałem chyba z 9 lat...
Bocian: Co do spotkania i powstania zespołu to jedyną osobą, bez której nie wyobrażałem sobie zespołu był Jacek. Myślę, że jeśli Jacek by się nie zgodził w tym finałowym momencie, to zespół by chyba nie powstał. Ale pierwszy był Zyga i to w ogóle taki przypadek, gdzieś się tam znalazłem na koncercie w Mikołowie, nawet nie wiedziałem, że on będzie grał. Alternatywna impreza, stara fabryka... I tak myślę: "A czemu by nie pograć tak dla Pana Boga?" i pytam Zygi, a on: "Tak".
Zygmunt: Myślę, że samo powstanie zespołu było jakoś palcem Bożym przyłożone...
Nowy numer "Hej Ty słuchaj" jest o spowiedzi. Czym jest dla was sakrament pojednania? Czy macie też czasami takie wrażenie, że w konfesjonale czeka na was groźny sędzia, a nie miłosierny Bóg?
Bocian: O. Augustyn powiedział mi kiedyś: "Grześ, nie trzymaj nigdy żadnego grzechu, nie odkładaj nigdy za dzień za dwa, choćbyś pięć minut wcześniej był u spowiedzi, jeśli upadłeś, to nie czekaj do jutra.". Bo grzech to jest śmierć. Nie daj Bóg, jak ze mną by się coś teraz stało, a byłbym w stanie grzechu ciężkiego, to byłoby to bardzo poważne wyzwanie dla Bożego miłosierdzia. Tym bardziej jeśli nie idę, bo mi się nie chce. A ten wróg cały czas podpowiada, że tam jest sędzia, nie idź, bo tam czekają tylko na Ciebie, żeby się zdeptać, zgnoić. A spowiedź mi po prostu ratuje życie...
Jest prawdziwym początkiem nawrócenia...
Bocian: Dokładnie. Jak człowiek jest chory na raka, to idzie do lekarza, nie czeka, nie mówi, że pójdzie za rok. Bo za rok może już nie żyć. I tak odbieram spowiedź. Mam grzech ciężki, to muszę się pojednać z Panem Bogiem jak najszybciej. Jak słyszę, że ktoś mówi, że księża są tacy sami, że to, że tamto... Zgadza się, grzeszą, upadają, spowiednik cię może w ogóle nie zrozumieć, a to nie o niego chodzi. Czasem jest tak, że idziesz do spowiedzi i myślisz: tyle nagrzeszyłem, spowiadam się, i nic, tylko "Przebaczam ci...". I wychodzisz, kurcze, tak mnie zbył, a powiedziałem takie ciężkie grzechy. Nie to jest sensem spowiedzi, czy ksiądz się zachowa tak, czy inaczej, czy ci da większą czy mniejszą pokutę, czy nakrzyczy, albo będzie spał. Najważniejsze jest "Ja odpuszczam tobie grzechy" i jesteś jak dziecko nowonarodzone.
A jak wspominasz swoje nawrócenie, przed paroma laty, to jak wtedy to odczuwałeś? Bałeś się?
Bocian: Jakoś właśnie ze spowiedzią nie miałem problemów...
Ludzie po wielu latach nie raz są bardzo zablokowani...
Bocian: Tak, ale ja miałem taki stres przed spowiedzią z całego życia. Okazało się, że jest sporo grzechów, których nie wyznawałem we wcześniejszych spowiedziach, nie na zasadzie, że nie chciałem, tylko nie pamiętałem po prostu. Dopiero umówienie się z kapłanem na spowiedź z całego życia. I to też jest, wydaje mi się, kwestią woli. Nie zawsze jest tak łatwo, że idziesz, serce bije itd. Musisz próbować wzbudzić w sobie żal, ale to też jest kwestia woli, że chcesz się wyspowiadać. Gdybyśmy polegali tylko na uczuciach i emocjach, to byśmy bardzo szybko zniechęcili.
Krzysiek: Myślę, że Bociek ma tu najwięcej do powiedzenia, bo my ciągle żyjemy w grzechu...
Bocian: Ja też żyję w grzechu, jutro muszę iść do spowiedzi, poważnie...
Krzysiek: Gdybyś głęboko weszła w naszą przeszłość, to byś pewnie wiele znalazła. Ale ja mam cel określony, jasny i dążę ciągle do niego. Upadam, wstaję, ale ważne żeby dążyć, żeby wierzyć w to, co się robi, w to ostateczne otwarcie. Tym jest dla mnie ten sakrament. Gdzieś półtora roku temu miałem spowiedź z całego życia po piętnastu latach i było to niesamowite doświadczenie. Poczułem się wolny i szczęśliwy. I to chcemy ludziom pokazać, żeby się nie bali i uwierzyli w to, co robią. Żeby podchodzili do życia z wiarą, nadzieją i miłością. I tylko tyle. Różne chwile przeżywałem przy konfesjonale, największy strach był, jak poszedłem do kogoś obcego...
To chyba jest bardzo różnie, bo wielu mówi, że właśnie najgorzej jest iść do kogoś kto mnie zna... To taka największa pokora...
Bocian: Ja tak kiedyś miałem, że najchętniej to bym poszedł do kogoś, kto mnie nie zna, żeby tylko ten grzech wyznać, a nie ktoś myśli, że jestem taki porządny katolik. I musiałem iść kiedyś do tego księdza, który dobrze mnie znał i potraktowałem to jako taki akt pokory. Bo wiesz, ktoś cię postrzega, że "A on tam się modli...", a ty masz tu teraz wyznać taką kobyłę...
Zygmunt: To ja wam opowiem jeszcze inną sytuację. Jak mój syn szedł do I Komunii, ja poszedłem do spowiedzi i... nie dostałem rozgrzeszenia. Odszedłem od konfesjonału, nie wiedziałem w ogóle, co mam myśleć. I siedziałem, tu całe przygotowanie, jakieś panie kwiaty układają, zamieszanie, a ja siedzę i nie wiem co mam myśleć. Minęło może pięć minut, wybiega z tego konfesjonału ksiądz, w czasie jak ktoś się spowiadał, zadaje mi jedno pytanie, ja mówię "Nie", a on "Uff, to mogę Ci dać rozgrzeszenie!". On siedział w tym konfesjonale i cały czas myślał nad tym, a ja się zapadłem po prostu. Wychodzi i ta błogość na jego twarzy. A ze mnie spadł taki ciężar... Poczekałam na drugą kolejkę. Niesamowite.
Bocian: Ja też miałem kiedyś podobną sytuację. Poszedłem z poważnym grzechem i to samo. Myślałem, że umrę. Świat się wali, poważnie. Nie wiedziałem co ja mam w ogóle zrobić, zastanawiałam się czy ja już nigdy nie dostanę rozgrzeszenia, czy mam iść do innego księdza. Pojechałem do innego i powiedziałem ten sam grzech, powiedziałem też, że wcześniej nie dostałem rozgrzeszenia i otrzymałem je. Ja nie wiem, może myśmy się nie zrozumieli w tym konfesjonale, może ja źle mówiłem... I słyszysz: "Nie dostaniesz rozgrzeszenia.". Przecież ja myślałem, że oszaleje...
Jacek: Każdy z nas ma chyba takie doświadczenie, że jego los zależał też i od osoby duchownej. I wydaje mi się, że nie ominiemy tych spraw, że to jest ludzka rzecz. A księża są różni, trzeba sobie zawsze uświadamiać, że nad nim jest Ktoś wyżej...
Krzysiek: Jesteśmy zespołem katolickim i ten sakrament jest dla nas ważny. Dla naszej wiary... Ja się spotykałem dosyć często, grając na nabożeństwach zielonoświątkowych, u baptystów, że oni nie mają czegoś takiego, nie rozumieją tego wręcz. I ciągłe pytania: po co, dlaczego...
Zygmunt: Ja się spotkałem z tym, że katolikom jest tak łatwo, bo przychodzisz, wyznajesz i jesteś jak nowy...
Wiele osób się nawróciło na katolicyzm, właśnie dlatego, że jest spowiedź...
Bocian: W tym utworze nie chodzi o takie niuanse międzywyznaniowe, czy spowiedź powszechna czy inna, chrześcijanie zawsze jakoś się jednają z Panem Bogiem. Bo to jest podstawa. Generalnie ten utwór jest o pojednaniu z Panem Bogiem. Bo to Jezus ustalił sakrament spowiedzi nie ludzie, tylko On. Tu więc nie chodzi o sposób, ale o sam fakt pojednania. Ważna jest intencja, tak samo szczera u każdego chrześcijanina.
Zgadza się. Dziękuje wam bardzo za rozmowę.
rozmawiała Weronika Gurdek, 27.01.2006, Katowice
[RUaH 34, str. 22]









































Odnośniki