Jak interpretowaæ dzie³a Chopina, aby oddaæ ojczystego ducha kompozycjom bêd±cych symbolem polsko¶ci?
– Najwa¿niejsza jest naturalno¶æ wykonania. Oznacza to, ¿e nale¿y pod±¿aæ za tym, co kompozytor pozostawi³ w oryginalnych zapisach nutowych. Ta zasada jest dla mnie kluczem do w³a¶ciwego zagrania utworów ka¿dego twórcy. Powinni¶my byæ wierni tre¶ciom, które zachowa³a dla nas historia zapisana w partyturze. Trzeba umiejêtnie czytaæ nutowe znaki, bo ka¿dy z nich jest tak samo wa¿ny. W³asna interpretacja musi odbywaæ siê w ramach zgodnych z charakterystycznym duchem i stylem chopinowskim. Nieuchwytn±, ale znacz±c± rzecz± jest to, ¿eby zagraæ to, co znajduje siê miêdzy d¼wiêkami przy zachowaniu jako¶ci orygina³u.
Wierno¶æ tej idei wybrzmiewa na Pana najnowszej p³ycie z chopinowskimi preludiami…
– Nagrania prowadzi³em w lipcu tego roku w Hamburgu. Trwa³y zazwyczaj od godziny czwartej do dwudziestej. Mia³em na nie sze¶æ pe³nych dni. Pierwsze dwa po¶wiêci³em na zaznajomienie siê z instrumentem i rozmowy z re¿yserem d¼wiêku. Zale¿a³o mi na tym, aby wszystkie preludia zagraæ tak, ¿eby stworzyæ z nich jedno dzie³o. W tym celu nagrywa³em je partiami, zazwyczaj uznaj±c wersjê przedostatni± za najlepsz±. Ich refleksyjny charakter uda³o mi siê podkre¶liæ przez sam± ok³adkê albumu.
J
est Pan nazywany nastêpc± Fryderyka Chopina, w jaki wiêc sposób wypracowuje Pan artystyczny styl Rafa³a Blechacza?
– Graj±c Chopina nie liczy siê sama technika, ale romantyczny duch, którego powinno siê mieæ w sobie, a ja jestem taki z natury. Kontrowersje wykonawcze s± sprzeczne z moj± osobowo¶ci±. Nie nale¿ê do ludzi, którzy chc± czy te¿ musz±, szokowaæ. W twórczej pracy ceniê my¶l Krystiana Zimermana, ¿eby pod±¿aæ za w³asn± intuicj± i przywi±zywaæ wagê do g³osu serca. S±dzê, ¿e w samym ¿yciu równie¿ nie mo¿na braæ pod uwagê tylko jego zewnêtrznych aspektów. My¶lê, ¿e w³a¶ciwym dla mnie drogowskazem jest odnoszenie siê z szacunkiem do muzycznych tradycji. Próbujê odnale¼æ równowagê miêdzy sob± a ju¿ uznanymi kompozytorami. Jednym z wyznaczników wielko¶ci artysty jest to, ¿e s³uchaj±c jego nagrañ, od razu go rozpoznajemy, mówi±c na przyk³ad – tak, to gra Artur Rubinstein. Dla mnie jest to chyba najbardziej fascynuj±ce w odniesieniu do tworzenia w³asnego stylu. Chcê tak¿e zaznaczyæ, ¿e uwielbiam chodziæ do swego parafialnego ko¶cio³a, aby graæ na organach utwory Bacha. Robiê to wtedy, gdy nikogo nie ma, jak i podczas Mszy ¶w. My¶lenie polifoniczne bardzo wzbogaca moj± grê na fortepianie.
Zanim zosta³ Pan wirtuozem, jak ka¿dy z nas zasiada³ Pan na widowni podczas koncertów innych artystów. Który z nich najbardziej Pan zapamiêta³ ze wzglêdu na jego twórczy kunszt i panuj±c± atmosferê?
– S± dwa takie koncerty. Najbardziej utkwi³ mi w pamiêci recital znakomitego wiolonczelisty Mischa Maisky. Mia³em wtedy 12 lat, kiedy przyjecha³ do Bydgoszczy. Do dzi¶ s³yszê w jego wykonaniu trzy suity Jana Sebastiana Bacha, które bardzo mnie urzek³y. Drugi koncert mia³ miejsce w Filharmonii Pomorskiej. Wyst±pi³y wtedy „Poznañskie S³owiki” ze swoim dyrygentem, profesorem Stefanem Stuligroszem. Chór wykona³ „Mesjasza” Haendla. Wtedy po raz pierwszy us³ysza³em to dzie³o w ca³o¶ci i na ¿ywo.
Czy zgodzi siê Pan z my¶l±, ¿e muzyka, której piêkno pozostaje w sercu, jest jak modlitwa?
– Oczywi¶cie, ¿e muzyka mo¿e byæ jak szczera modlitwa. Zdecydowa³em wyra¿aæ siebie poprzez muzykê, bo umo¿liwia mi ona przekazywanie wa¿nych tre¶ci bez nazywania ich wprost. My¶lê, ¿e nie tylko publiczno¶æ, ale i sam pianista czuje siê uszlachetniony samym obcowaniem z piêknem takiego przekazu. D¼wiêki w chwili, gdy wybrzmiewaj±, dostarczaj± niezwyk³ych prze¿yæ i wzruszeñ, które chce siê zapamiêtaæ na d³u¿ej. Dziêki temu cz³owiek staje siê zdecydowanie lepszy.
Przewodnik Katolicki nr 47 2007 r.