Trwać wiernie
14 kwiecień 2006 | Dodał: A. Orsini | Odsłon 666
Wydawało się, że wszystko skończone. Najbliższe otoczenie Chrystusa, Jego uczniowie i przyjaciele pojmowali prawdopodobnie haniebną śmierć Jezusa jako kres swoich nadziei. Orędzie Królestwa zdewaluowała śmierć krzyżowa. Tak byli przytłoczeni tą śmiercią, że zupełnie zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania. Okrutny obraz konania wypełnił świadomość i wyobraźnię. Tylko wrogowie Mistrza z Nazaretu nie zapomnieli o tym, co sam o sobie mówił. Byli przezorni. Grób przywalili kamieniem, nałożyli pieczęcie i postawili straż.Tymczasem uczniowie nakupili wonności, by zgodnie z tradycją namaścić Ciało. Jest w tym jakaś rzewna troskliwość, szacunek i uwielbienie dla Zmarłego, ale przecież nie zamierzali namaszczać ciała tylko na trzy dni. Z pewnością myśleli, że to na czas dłuższy, lub raczej na zawsze. Czy to było tylko zapomnienie o tym, że On mówił o swoim zmartwychwstaniu? A może po prostu nie bardzo w to wierzyli. Nie uwierzyli przecież kobietom, które mówiły, że widziały Zmartwychwstałego. Nawet Piotr nie uwierzył Magdalenie. Dopiero wobec pustego grobu zaczyna kiełkować w nim świadomość, że On przecież kiedyś o czymś takim mówił. Tomasza zaś trzeba było aż osiem dni przekonywać, a on upierał się, dopóki nie dotknął ran.
Mękę Chrystusa łatwo opisać. Z reporterską dokładnością przedstawić kolejne wydarzenia, odnotować wypowiedziane słowa, a nawet chwile milczenia. Ale jak opisać Zmartwychwstanie? Z czym je porównać, jeśli dysponuje się tylko ludzkim doświadczeniem? Podobnie jak przyjaciele Jezusa sprzed dwóch tysięcy lat, tak i my możemy pojąć i uwierzyć w Zmartwychwstanie tylko poprzez dar uczestnictwa w życiu Zmartwychwstałego.
Wiara w Zmartwychwstanie Chrystusa nie zrodziła się bowiem z naiwnych pragnień, ani świadectwa ludzi, ani z krążących pogłosek roznoszonych przez kobiety. Wiara pierwotnego Kościoła, złożonego z gromadki uczniów i wyznawców, wykształtowała się z samego Jezusa Chrystusa. Przez swoje zjawienia, Jezus zagarnia i zdobywa dla siebie tych, których spotyka. Nie uważajmy, że tamtym ludziom sprzed dwudziestu wieków łatwiej przychodziło uwierzyć niż nam dzisiaj. Nie byli przecież bezpośrednimi świadkami wychodzenia z grobu, Jego pojawianiu się nie towarzyszyły żadne pozaziemskie dziwy, zmuszające do tego, by paść na kolana. Niech nam się nie wydaje, że ci, którzy pierwsi głosili wiarę w Zmartwychwstanie, sami byli od konieczności wiary zwolnieni, że nie musieli wierzyć, bo widzieli na własne oczy. Nie, to były widzenia oparte właśnie na wierze, to było pewne doświadczenie wiary oparte na spotkaniu z Chrystusem.
Dopiero wtedy, kiedy wielkanocna wiara zakorzeniła się w apostołach, dopiero kiedy ich życie zanurzyło się w Jego życiu, stali się innymi ludźmi. Dopiero wtedy byli gotowi umrzeć za Chrystusa, tak jak On umarł za nich. I to głębokie przeświadczenie, że tak, jak On nie umarł na zawsze, tak oni na zawsze nie umrą.
Spotkanie ze Zmartwychwstałym jest spotkaniem z Bogiem. Ludzką rzeczą jest umierać, ale tylko Bożą udzielać daru nieśmiertelności. To nie nasz osobisty wysiłek sprawia, że jesteśmy świadkami Żyjącego, lecz moc Boża, działająca wbrew naszym słabościom, wbrew naszej niezdolności do uwierzenia, wbrew grzechom i ciemności w nas samych i wokół nas. Moc i chwała Boga, która rozbłysła na obliczu Ukrzyżowanego, jest także źródłem wielkanocnej radości. To radość nie nazwana, ale radość, którą mimo wszystko potrafimy wypowiedzieć. Skoro wiara wielkanocna, a tym samym i wiara w Chrystusa polega na świadectwie apostołów, to nie mamy do niej innego dostępu jak poprzez świadectwo przekazywane przez Kościół. Nasze życie chrześcijańskie zanurzone jest z Chrystusem w Bogu. Stąd obowiązek, stąd wezwanie – czynić nieustanny wysiłek, żeby dochować wierności Zmartwychwstałemu, żeby być stale do dyspozycji, żeby wytrwać w gotowości. Trwać wiernie w miejscu, gdzie postawiła nas miłosierna mądrość Boga – za uniwersystecką katedrą, przy redakcyjnym biurku czy przed radiowym mikrofonem, w szkole, w fabryce, przy łóżku ciężko chorego - wszędzie. A czasem nawet tam, gdzie odchłań grzechu, gdzie ciało, dzieło Stwórcy wypacza w duszy obraz Boga. A może czasem w pozornej bezczynności, jak ci najemni robotnicy, których nikt jeszcze nie posłał, nie zagospodarował ich entuzjazmu.
Trwać wiernie, trwać w gotowości, bo może zjawić się nagle, kiedy najmniej będziemy się Go spodziewali. Może jak Magdalenie, by wszystko do końca wybaczyć, bo tak bardzo pokochała. Może jak Tomaszowi, by pokazać otwarte rany i wytknąć niedowiarstwo. Może jak w drodze do Emaus, by powiedzieć, że jesteśmy głupi i leniwego serca. Wyłowi nas z tłumu i zawoła i... rozradujemy się ujrzawszy Pana.









































Odnośniki