Ubierając choinkę
20 grudzień 2007 | Dodał: Admin - Malach | Odsłon 447
Gdy ubieram choinkę, zerkam w okna sąsiadów, w których coraz częściej zapalają się maleńkie światełka. Zbieram myśli, bo w tym roku tak wiele spraw chcę położyć u żłóbka. Pierwszy raz zasiądziemy do stołu bez babci, która zawsze przewodziła naszej modlitwie wigilijnej. Jakoś wciąż bez niej pusto…Myślę też o drugiej babci i jej upośledzonym synu, którym coraz trudniej i jej, i nam się opiekować. Kuzynka, kuzyni, daleka rodzina. Ich radości i troski, zwycięstwa i porażki...
No i Karolina. Gdzieś tam przecież teraz próbuje świętować, choć wciąż jest tak bardzo „obolała”. Żoną miała być, miał być ślub – jak mogłaby zaśpiewać Monika Brodka – ale jakoś nie wyszło. Data niedoszłego ślubu minęła dwa miesiące temu. A z drugiej strony Paweł. Mężem został i był ślub… I co z tego, skoro teraz jest rozwód i próby uzyskania kościelnego orzeczenia nieważności małżeństwa. I jeszcze Gosia, która wciąż poszukuje, ale jakoś nie może trafić na tego jedynego, a każdy kolejny pozostawia po sobie poczucie większej bezradności.
Kiedy na to patrzę, czasem mi się wydaje, że zupełnie niezasłużenie mnie akurat się ułożyło. Kocham i jestem kochana. O tym, kto wkrótce zostanie moim na zawsze, myślę równie długo, dziękując i prosząc o dobrą, Bożą przyszłość dla nas i rodziny, którą stworzymy. Moje myśli biegną też do Mai i Przemka oraz ich rocznego synka. Ich widok zawsze napełnia mnie wiarą w ludzi i dobro na świecie. Dobrze, że są i że są właśnie tacy...
I jeszcze Kasia i Marek. W tym roku to oni staną przed ołtarzem. Tak długo są już razem, że nie mogę wątpić w to, że Pan chce pobłogosławić ich związek. Wierzę, że On jest po ich stronie, i niech zawsze tak już będzie.
Mój tato... Kolejne święta, kiedy nie będzie miał dość czasu, żeby uklęknąć przy konfesjonale. Do tej myśli dołącza się cała lista ludzi poszukujących i niezdecydowanych. Szczególnie tych znanych mi z imienia i nazwiska, ale i bezimiennych.
I jeszcze dzieci. Nie, nie moje, choć za kilka lat pewnie i taką intencję dołączę, ale dzieci całego świata, różnych ras i wyznań. Szczególnie jednak te pozbawione dzieciństwa, przerażone, bite, chore, głodujące i cierpiące. Zasiadając do wigilijnej kolacji, zobaczę ich smutne, zapłakane twarze. Ratuj je, Boże.
Tak wiele jest spraw. Tak wiele jeszcze innych myśli i modlitw w mojej głowie. Wiem, że każdego dnia miliony ludzi klękają przed Bogiem z wiarą w cud. Ja również, lecz kiedy przychodzę do stajenki, wtedy widzę Boga, który leży wśród bydła, w chłodzie i brudzie, w ciemności i ubóstwie. Myślę sobie: taki właśnie jest nasz świat – piękny, bo jest Bóg i Jego dzieła, ale też brudny, rozkrzyczany i oziębły. I dlatego właśnie przychodzę do Boga z wiarą. Bo On może mi pomóc zmieniać świat. Nasz świat! Pasterze, którzy przyszli do szopy, wyszli z niej jako inni ludzie. Tak stanie się i ze mną, jeśli tam wejdę, pokłonię się i bez obaw uklęknę, mimo niewygody i mroku. I powiem Mu o tym, co boli mnie, ale też o tych, za których chcę Mu szczerze podziękować, bo zawdzięczam im istnienie – to zewnętrzne i wewnętrzne. O tych, którzy nigdy mnie nie zawiedli.
To oni nieustannie są dla mnie dowodem na to, że można żyć pięknie i dobrze. Bóg cieszy się takimi ludźmi i przez nich działa. On nie jest bezbronny wobec zła, które dokonuje się na ziemi. Czeka tylko na nasze zaufanie i wiarę w cud, połączone z gotowością do pracy. Każdego roku właśnie w stajence po raz kolejny mówię sobie: Bóg zwyciężył i zwycięży. Tylu ludzi codziennie przedstawia Mu swoje sprawy. On je wszystkie słyszy i – dotykając naszych serc podczas modlitwy – leczy nasze rany, aby umocnić w walce o dobro.
Wierzę, że każda modlitwa coś zmienia, nawet jeśli pozornie tego nie widać. A moje klękanie u żłóbka jest wiarą w to, że Pan przynoszący ziemi radość pocieszy tych, którym jest szczególnie źle, oraz w to, że my, ludzie, wpatrując się w niewinną twarz Nowonarodzonego, szczerze się uśmiechniemy, a wraz z uśmiechem nasze serca staną się lepsze.
Dorota Kwiecińska
(Warszawa)
Czas Serca numer Świąteczny
No i Karolina. Gdzieś tam przecież teraz próbuje świętować, choć wciąż jest tak bardzo „obolała”. Żoną miała być, miał być ślub – jak mogłaby zaśpiewać Monika Brodka – ale jakoś nie wyszło. Data niedoszłego ślubu minęła dwa miesiące temu. A z drugiej strony Paweł. Mężem został i był ślub… I co z tego, skoro teraz jest rozwód i próby uzyskania kościelnego orzeczenia nieważności małżeństwa. I jeszcze Gosia, która wciąż poszukuje, ale jakoś nie może trafić na tego jedynego, a każdy kolejny pozostawia po sobie poczucie większej bezradności.
Kiedy na to patrzę, czasem mi się wydaje, że zupełnie niezasłużenie mnie akurat się ułożyło. Kocham i jestem kochana. O tym, kto wkrótce zostanie moim na zawsze, myślę równie długo, dziękując i prosząc o dobrą, Bożą przyszłość dla nas i rodziny, którą stworzymy. Moje myśli biegną też do Mai i Przemka oraz ich rocznego synka. Ich widok zawsze napełnia mnie wiarą w ludzi i dobro na świecie. Dobrze, że są i że są właśnie tacy...
I jeszcze Kasia i Marek. W tym roku to oni staną przed ołtarzem. Tak długo są już razem, że nie mogę wątpić w to, że Pan chce pobłogosławić ich związek. Wierzę, że On jest po ich stronie, i niech zawsze tak już będzie.
Mój tato... Kolejne święta, kiedy nie będzie miał dość czasu, żeby uklęknąć przy konfesjonale. Do tej myśli dołącza się cała lista ludzi poszukujących i niezdecydowanych. Szczególnie tych znanych mi z imienia i nazwiska, ale i bezimiennych.
I jeszcze dzieci. Nie, nie moje, choć za kilka lat pewnie i taką intencję dołączę, ale dzieci całego świata, różnych ras i wyznań. Szczególnie jednak te pozbawione dzieciństwa, przerażone, bite, chore, głodujące i cierpiące. Zasiadając do wigilijnej kolacji, zobaczę ich smutne, zapłakane twarze. Ratuj je, Boże.
Tak wiele jest spraw. Tak wiele jeszcze innych myśli i modlitw w mojej głowie. Wiem, że każdego dnia miliony ludzi klękają przed Bogiem z wiarą w cud. Ja również, lecz kiedy przychodzę do stajenki, wtedy widzę Boga, który leży wśród bydła, w chłodzie i brudzie, w ciemności i ubóstwie. Myślę sobie: taki właśnie jest nasz świat – piękny, bo jest Bóg i Jego dzieła, ale też brudny, rozkrzyczany i oziębły. I dlatego właśnie przychodzę do Boga z wiarą. Bo On może mi pomóc zmieniać świat. Nasz świat! Pasterze, którzy przyszli do szopy, wyszli z niej jako inni ludzie. Tak stanie się i ze mną, jeśli tam wejdę, pokłonię się i bez obaw uklęknę, mimo niewygody i mroku. I powiem Mu o tym, co boli mnie, ale też o tych, za których chcę Mu szczerze podziękować, bo zawdzięczam im istnienie – to zewnętrzne i wewnętrzne. O tych, którzy nigdy mnie nie zawiedli.
To oni nieustannie są dla mnie dowodem na to, że można żyć pięknie i dobrze. Bóg cieszy się takimi ludźmi i przez nich działa. On nie jest bezbronny wobec zła, które dokonuje się na ziemi. Czeka tylko na nasze zaufanie i wiarę w cud, połączone z gotowością do pracy. Każdego roku właśnie w stajence po raz kolejny mówię sobie: Bóg zwyciężył i zwycięży. Tylu ludzi codziennie przedstawia Mu swoje sprawy. On je wszystkie słyszy i – dotykając naszych serc podczas modlitwy – leczy nasze rany, aby umocnić w walce o dobro.
Wierzę, że każda modlitwa coś zmienia, nawet jeśli pozornie tego nie widać. A moje klękanie u żłóbka jest wiarą w to, że Pan przynoszący ziemi radość pocieszy tych, którym jest szczególnie źle, oraz w to, że my, ludzie, wpatrując się w niewinną twarz Nowonarodzonego, szczerze się uśmiechniemy, a wraz z uśmiechem nasze serca staną się lepsze.
Dorota Kwiecińska
(Warszawa)
Czas Serca numer Świąteczny










































Odnośniki