
Zdjêcie z miesiêcznika LIST 07/2000 |
Aniele Bo¿y
Aniele Bo¿y Stró¿u mój
Ty w³a¶nie nie stój przy mnie
jak malowana lala
ale ruszaj w te pêdy
niczym zaj±c po zachodzie s³oñca
skoro wygania nas
dziesiêæ po dziesi±tej
ostatni autobus
jamnik skacz±cy na smycz
smutek jak akwarium z jedn± z³ot± rybk±
ha³as
cisza
trumna jak pa³acyk
³adne rzeczy gdyby¶my stanêli
jak dwa ¶wistaki
i zapomnieli
¿e trzeba st±d odej¶æ
Anio³
s± takie chwile kiedy siê odchodzi
od Anio³ów Stró¿ów nawet Cherubinów
od tych co wysoko
od tych co w pobli¿u ---do Jezusa cz³owieka
niziutko na ziemi
Anio³ nie zrozumie nie wisia³ na krzy¿u
i mi³o¶æ zna ³atw±
skoro nie ma cia³a
Anio³ powa¿ny i niepowa¿ne pytania
Czy zosta³e¶ anio³em dopiero po d³u¿szym namy¶le
czy zamiast palca serdecznego masz tylko wskazuj±cy
czy spowiadasz tylko z grzechów ciê¿kich bo lekkie
trudno ud¼wign±æ
czy klaszczesz w d³onie patrz±c na konanie
jak na sytuacjê przedbramkow±
czy nigdy nie p³aczesz, ¿eby siê nigdy nie u¶miechaæ
czy umiesz uwa¿nie bez powodu s³uchaæ
czy nie przytulasz siê ¿eby odej¶æ
czy nie têsknisz za cia³em
za ludzkim u¶miechem
za d³oñmi z³o¿onymi w kominek
za ziêb± co we wrze¶niu opuszcza ogrody
za ¼rebakiem zamykaj±cym powieki
za chrz±szczem o nogach ¿ó³toczerwonych
za ka¿d± sekundê zawsze ostatni±
za tym co nietrwa³e i dlatego cenne
Anonim
Mój ty nie¶mia³y ¶wiêty
biedny anonimie
nie szepta³e¶ mój Bo¿e
nie wo³a³e¶ Pan Bóg
tak chcia³e¶ Jemu s³u¿yæ
by o tym nie wiedzia³
czemu krzy¿ swój ukry³e¶
zatai³e¶ rany
nie ud¼wigniesz w sekrecie
wiary bez niewiary
Antologia
Chodz± na oko³o mnie na wysokich obcasach metafor
cieniutkimi ³zami piszcz± na moich obrazach
przynosz± na wyci±gniêtych d³oniach lirykê jak kurczaka
potem nawet na maszynie do pisania klêkaj± oczami
Proszê o prozê
¿eby¶cie sami nie darli siê za w³osy
nie podawali mi³o¶ci jak je¿a
w cierpieniu mówili dobranoc
nie nak³adali t³umika na serce
tak zastraszeni ¿e niemoralni
¿ebym nie marz³a w antologii wierszy o sobie
Ba³em siê
Ba³em siê oczy s³abn± --- nie bêdê móg³ czytaæ
pamiêæ tracê --- pisaæ nie potrafiê
dr¿a³em jak obora któr± wiatr ko³ysze
--- Bóg zap³aæ Panie Bo¿e bo poda³ mi ³apê
pies co ksi±¿ek nie czyta i wierszy nie pisze
Baranku Wielkanocny
Baranku Wielkanocny co¶ wybieg³ z rozpaczy
z paskudnego k±ta
z tego co po ludzku siê nie uda³o
prawda, ¿e trzeba staæ siê bezradnym
by nie logiczne siê sta³o
Baranku Wielkanocny co¶ wybieg³ czysty
z popio³u
prawda, ¿e trzeba dostaæ pa³±
by wierzyæ znowu
Bez kaplicy
jest taka Matka Boska
co nie ma kaplicy
na jednym miejscu pozostaæ nie umie
przesz³a przez Katyñ
chodzi po rozpaczy
spotyka niewierz±cych
nie p³acze
rozumie
Bez nas
Odejd¼my ju¿ nie wróæmy
nareszcie samotno¶æ bêdzie sama
mi³o¶æ bez chêci posiadania
Bóg bez pytañ
rozpacz bez reklamacji
piêkno bez estetyki
niebo bia³e po burzy po deszczu niebieskie
jeszcze trochê pomarudzi ostatnie s³owo jak bezradny baran
jeszcze wiatr szarpnie oknem bo ciep³o spotka zimno
poskacze zielony pasikonik który porzuci³ wielko¶æ
¿eby wybraæ szczê¶cie
jeszcze zaboli d³ugopis co mi zosta³ po matce
ale wszystko bêdzie ju¿ naprawdê
bo bez nas
Bezdomna
Modlê siê do swej ¶wiêtej wci±¿ bezdomnej w niebie
co mówi do anio³ów nie bardzo siê czujê
wolê polne kamienie zwyk³y ¿ó³ty jaskier
co kwitnie tak nied³ugo od kwietnia do maja
têskniê za star± ³y¿k± i herbat± z mlekiem
a kto w niebie jest smutny ten ziemiê rozumie
Bezdzietny Anio³
W³a¶nie wtedy kiedy¶ pomy¶la³em
¿e papugi ¿yj± d³u¿ej
¿e jeste¶ okrutnie ma³y
niepotrzebny jak kominek na niby
w sto³owym pokoju
jak bezdzietny anio³
lekki jak 20 groszy reszty
drugorzêdne genialny
kiedy ob³o¿y³e¶ siê ksi±¿kami
jak cz³owiek chory
nie wierz±c w to ¿e z niewiary
powstaje nowa wiara
¿e ci co odeszli jeszcze raz ciê
porzuc±
¶wiêty i pe³en pomy³ek
w³a¶nie wtedy wybra³ ciebie kto¶
wiêkszy ni¿ ty sam
który stworzy³ ¶wiat tak dobry
¿e niedoskona³y
i ciebie tak niedoskona³ego
¿e dobrego
Bliscy i oddaleni
Bo widzisz tu s± tacy którzy siê kochaj±
i musz± siê spotkaæ aby siê omin±æ
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
pisz± do siebie listy gor±ce i zimne
rozchodz± siê jak w ¶miechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieæ do koñca czemu tak siê sta³o
s± inni co siê nawet po ciemku odnajd±
lecz przejd± obok siebie bo nie ¶mi± siê spotkaæ
tak czy¶ci i spokojni jakby ¶nieg siê zacz±³
byliby doskonali lecz wad im zabrak³o
bliscy boj± siê byæ blisko ¿eby nie byæ dalej
niektórzy umieraj±-to znaczy ju¿ wiedz±
mi³o¶ci siê nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
s± i tacy co siê na zawsze kochaj±
i dopiero dlatego nie mog± byæ razem
jak ba¿anty co nigdy nie chodz± parami
mo¿na nawet zab³±dziæ lecz po drugiej stronie
nasze drogi pociête schodz± siê z powrotem.
Bojê siê Twojej mi³o¶ci
Nie bojê siê dêtej orkiestry przy koñcu ¶wiata
biblijnego tupania
bojê siê Twojej mi³o¶ci
¿e kochasz zupe³nie inaczej
tak bliski i inny
jak mrówka przed nied¼wiedziem
krzy¿e ustawiasz jak ¿o³nierzy na wysokich
nie patrzysz moimi oczyma
mo¿e widzisz jak pszczo³a
dla której bia³e lilie s± zielononiebieskie
pytaj±cego omijasz jak je¿a na spacerze
g³osisz ¿e czysto¶æ jest oddaniem siebie
ludzi do ludzi zbli¿asz
i stale uczysz odchodziæ
mówisz zbyt czêsto do ¿ywych
umarli to wyt³umacz±
bojê siê Twojej mi³o¶ci
tej najprawdziwszej i innej
Bo¿e
Bo¿e którego nie widzê
a kiedy¶ zobaczê
przychodzê bezrobotny
przystajê w ogonku
i proszê Ciê o mi³o¶æ jak o ciê¿k± pracê
Bo¿e
Darwin znik³ z d³ug± brod± posiwia³y ma³py
Wolter ju¿ jak nekrolog w k±ciku humoru
nawet Kopernik zmala³ choæ obraca³ ziemiê
spaniel ¿yczy przed sklepem krótkiego ogonka
wszystko na pysk zbity wali siê bez Ciebie
Bo¿e Narodzenie
Podszed³ na palcach niedowiarek
bo Konstytucja nie zabrania
do Matki Bo¿ej. Mówi³ do Niej
--- tak nam siê wszystko popl±ta³o
partia przy koñcu zbarania³a
niech ciê za rêkê choæ potrzymam
w Noc Szczê¶liwego Rozwi±zania
Bóg
kto Boga stworzy³
uczeñ zapyta³
ksi±dz da³ siê przy³apaæ
poczerwienia³ nie wie
A Bóg
chodzi jak po Tatrach w niebie
tak wszechmog±cy, ¿e nie stworzy³ siebie
Bóg czyta
Bóg czyta wiersze na ¶mieræ zapomniane
od razu wa¿ne nie prosz±c nikogo
jak bocian co wpad³ na pomys³ by pozostaæ sob±
tak bliskie ¿e nie drukowane
takie co nie chcia³y podobaæ siê sobie
jak dziób co mia³ zapiaæ lecz schowa³ siê w rowie
nie mia³y szczê¶cia ni si³y przebicia
umia³y tylko kochaæ uciekaj±c z ¿ycia
niemodne jak Kopciuszek z poluchem w popiele
to co nowe najszybciej siê zawsze starzeje
niewystrojone jak praszczur od ¶wiêta
tak zapomniane, ¿e Pan Bóg pamiêta
Byæ nie zauwa¿onym
Byæ nie zauwa¿onym by spotkaæ siê z Tob±
nie czytanym zbytecznym
w³a¶nie byle jakim
przekre¶lonym do koñca nonszalancj± rêki
aromatem nie mocnym jeszcze nie poznanym
tu¿ pomiêdzy go¼dzikiem pieprzem i migda³em
fotografi± niewa¿n± bo niedok±pan±
liryzmem co siê siebie coraz wiêcej wstydzi
ksi±¿k± któr± siê k³adzie wci±¿ jedn± na drugiej
jab³kiem po gruszce zawsze trochê kwa¶nym
rakiem trzymanym w koszu z pokrzywami
w³osami co odchodz± jak myszy po cichu
szczyg³em co chcia³ przyfrun±æ lecz umar³ wysoko
z ogonem tak leciutkim ¿e ponad rozpacz±
biedronk± zapomnian± gdy przechodz± ¿uki
¶wiêtym któremu w czas remontu utr±cono g³owê
niech bêdzie niewidzialnym skoro sta³ siê dobrym
By³a¶
By³a¶ taka zwyczajna
rozbawione w³osy
w ogrodzie nad porzeczk±
z jednym listkiem twarz
nic o tym nie wiedzia³a¶ i ja nie wiedzia³em
¿e mo¿na siê tak widzieæ ju¿ ostatni raz
leciutki wierszyk a pomie¶ci³
rozstanie jak kosteczki ¶mierci
By³o
wiersze staro¶wieckie co wzruszaj± teraz
z rymami jak nale¿y z przecinkiem i kropk±
z dworem co znik³ nagle cicho i na zawsze
a wiadomo cisza wiêksza ni¿ milczenie
i pamiêæ ju¿ pos³uszna gdy przesz³o¶æ przychodzi
z babci± co na werandzie cerowa³a dziurê
bez no¿yczek zêbami przegryzaj±c nitkê
tu¿ przy koszu na grzyby by siê nie sparzy³y
z wujem co siê gazet± niepotrzebnie zaj±³
wiêc pomaga³ mu diabe³ ale kopn±³ anio³
ze smutkiem przemijania jagód jarzyn je¿yn
gdyby ¶mierci nie by³o nikt z nas ju¿ by nie ¿y³
przemijamy jak wszystko by w ten przetrwaæ
uczucia bez ³apówek i r±banka grzechów
wielka mi³o¶æ co zawsze wydaje siê ³atwa
i wie ju¿ tak od razu ¿e nie wie co bêdzie
choæ za m³odu dr¿y serce a na staro¶æ noga
wszystko co najcenniejsze spali³o siê w piekle
wiersze staro¶wieckie niemodne naiwne
ten sam baran co wtedy
ale szczê¶cie inne
Chroñ
o¶le z anio³ami
têskni±cy Zecheuszu na zielonym drzewie
czwarty mêdrcu co¶ poszed³ na skróty i za pó¼no stan±³e¶
w Betlejem
asceto z tyln± czê¶ci± nag±
u¶miechu
chroñ
przed absolutn± powag±
Cia³o
Cia³o tak ¶wiête, ¿e trzeba je ukryæ
przed wzrokiem naszym otoczyæ milczeniem
jak smuk³e palce czapli nad strumieniem
ciche pos³uszne daje istnieæ Bogu
jak szczê¶cie kruche i jak smutek stworzeñ
je¶li siê wstydzi utraci³o wiarê
¿e mi³o¶æ nawet golasa zrozumie
Cierpliwo¶æ
Modlê siê do Ciebie o cierpliwo¶æ
ale nie o tak± ma³± w której siê mog± pomie¶ciæ
ciê¿kie grzechy czekania
na lis
na kogo¶ kto wyszed³ i zostawi³ klucz pod s³omiank±
na oczy nieznajome lecz potrzebne
na wspomnienie szko³y które ugrzêz³o w kredzie na tablicy
na Anio³a Stró¿a jak na protezê ---
ale o tak± która czeka tylko na Ciebie
a Ty przychodzisz albo z kim¶ bliskim albo sam
jak ciemno¶æ co ja¶niej o¶wietla
jak niewinno¶æ ¶mierci
wtedy staje pomiêdzy nami cisza niby go³y piasek
wypuszczony bez kagañca i medalu --- do nieba
nawet dziurawy parasol wzrusza bo ma druty
tak cienkie jak dla jaskó³ek
i nawet nie mamy pretensji
¿e wieczno¶æ niedokoñczona
¿e Biblia jest nadal uparta
jak nieostro¿ne serce
¿e ³za wcale nie jest okr±g³a
¿e spada ku górze
tak prosta, ¿e siê znowu wymknê³a rozumowaniom
Cierpliwo¶æ
cierpliwo¶æ -- spokój ¿e przecie¿ siê stanie
mi³o¶æ -- z Niewidzialnym milcz±ca rozmowa
rado¶æ -- Jego rêce
pokora -- to On w³a¶nie przed lud¼mi siê schowa³
¶nieg -- wdziêczno¶æ do koñca
bo ca³uje groby
Krzy¿ -- kiedy mi³o¶æ idzie za daleko
* * *
co nam jeszcze zosta³o
ze sztubackiej nadziei i pie¶ni
z pomaturalnych czere¶ni
z listów pisanych do siebie
z gor±czki pierwszego kochania
z kul uzbieranych w powstaniu
z przysi±g bez do¶wiadczenia
z oczu pe³nych zdziwienia
z kasztanów spadaj±cych
z obaw przed ruskim miesi±cem
co nam jeszcze zosta³o
¿e bior±c
tom Lenina z szafy na rêce
niby czytam, a szukam ze ³zami
zwyk³ej prostej wiary dzieciêcej
Co potem
Co potem -- to co zawsze
poznika³o tylu
¶mieræ zajdzie starszym z przodu
a m³odszym od ty³u
takie s± od pocz±tku prawid³a niebieskie
nikogo nic nie dziwi. Poprzez ¿ycia bramê
przed chwil± przyszed³ kto¶ zbawiony z pieskiem
szli razem szukaj±c Boga lepszego od ludzi
rozgl±da siê po k±tach a taki wzruszony
jak ch³opak co na choinkê polecia³ do szko³y
lub ten co niesie serce wyci±gniête z piek³a
kochamy nazbyt czêsto gdy kochaæ nie mo¿na
a mi³o¶æ im g³upsza tym bardziej ostro¿na
Wchodz± w Pana Naszego królestwo ubogie
doktoraty na zimno chrupie mysz pod progiem
a to co zrozumia³e¶ to ju¿ nie jest Bogiem
Co prosi o mi³o¶æ
Bóg wszechmog±cy co prosi o mi³o¶æ
tak wszechmog±cy ¿e nie wszystko mo¿e
skoro da³ woln± wolê
mi³o¶æ teraz sama
wybiera po swojemu
to czyni co zechce
wiêc czasem wzruszenie jak szczê¶cie przylaszczek
co siê od razu na wiosnê kochaj±
bywa obojêtno¶æ to jest sprawy trudne
g³ogi tak bardzo bliskie ¿e siebie nie znaj±
kocha lub nie kocha -- to jêk nie pytanie
wiêc oczy zwierz±t ogromne i smutne
¶pi spokojnie w gnie¼dzie
szpak szpakowa szpaczek
Bóg co prosi o mi³o¶æ
rozgrzeszy zrozumie
Wszechmoc wszystko potrafi
wiêc tak¿e zap³acze
Wszechmoc gdy kocha najs³abszym byæ umie
Co zginê³o
Szukam co by³o zginê³o
co Ci zginê³o Panie
gwiazdy nie ruszy³y siê z miejsca
nie zmieni³y adresu
ksiê¿yc staro¶wiecki zosta³ po dawnemu
choæ jak podeptany
tak jak przedtem
pó³tora miliona gatunków chrz±szczy
w dalszym ci±gu kaczka ma dwana¶cie tysiêcy piór
wiatr krêci siê w kó³ko tak stale potrzebny ¿e bezradny
zgodnie z planem wêdruje w marcu ³oso¶ w górê rzeki
niebieski i szary
gryfon wystawia ptaki wodne unosz±c przedni± ³apê
gê¶ tylko pod skrzyd³o chowa g³owê
je¶li siê mrówki zgubi± to siê same odnajd±
bo mrowisko zawsze przy drzewie od po³udniowej strony
podobno ma³p przybywa --- nie ubywa
tylko cz³owiek stale Ci siê gubi
urodzony dezerter
Co zosta³o we mnie
Nie o grzechy mnie pytaj
co zosta³o we mnie
Ile szczero¶ci tego co ju¿ by³o dawno
ile u¶miechów wcze¶niejszych od my¶li
niewinno¶ci jak d³ugow³osego jamnika
albumu z wierszem "kto bibu³ê buchnie niech mu ³apa spadnie"
snu od bólu g³owy
li¶cia wi±zu co drapie
serce widz±cego bez okularów
barwy której siê uczy³em jak muzyki
kamienia wystrzelonego z procy który nie dolecia³ jaszcze do ziemi
modlitwy szumi±cej jak ogieñ
siostry przy rodzinnym stole jak niebieska ostró¿ka
pokazuj±cej mi jêzyk po drugiej stronie lampy
s³ów wci±¿ czujnych by nie u¶piæ krzywdy
sumienia tak wiernego jak anio³ i zwierzê
i tego niewidomego -- co dalej
Czas niedokoñczony
Nie opowiadajcie razem i osobno
¿e nie ma ludzi niezast±pionych
bo przecie¿ moja matka
³agodna i nieub³agana
ca³a w czasie tera¼niejszym niedokoñczonym
wychyla siê z nieba
¿eby mi przyszyæ oberwany guzik
kto to lepiej potrafi
w czyich palcach dr¿y ig³a jak drucik ciep³a
gdy tyle dzisiaj uczuæ a ma³o mi³o¶ci
i tyle cudzych kobiet a ¿adna nie moja
a ¶mieræ tak bardzo wa¿na bo siê nie powtórzy
i smutek jak sprzed wojny ostatnia choinka
a przecie¿ ta babcia z przeciwka
przy stoliku na kó³kach
z pasjansem co nie wychodzi
tak bardzo szybko ¿y³a umar³a poma³u
a czasami tak skryta ¿e p³aka³a w wannie
lub ta co z sercem przysz³a wojna j± zabi³a
razem z jasn± torebk± do letniej sukienki
kto przywróci jej cia³o kiedy nie ma cia³a
jej nos na mnie skrzywiony
i kogutek w³osów








